Na świecie jest ich mnóstwo. W Polsce murale z minionej epoki przetrwały nielicznie. A szkoda, bo to istne perełki PRL-owskiej historii. To nawet coraz częściej swoista atrakcja turystyczna, przy której warto się zatrzymać i zrobić zdjęcie. I to jak najszybciej. Bo murale są dziś zagrożone wyginięciem.

„Czy już typowałeś?” (Totolotek), „W podróży kanapki tylko z masłem roślinnym”, „Koncentraty spożywcze oszczędzają czas” z dodatkiem „Niezastąpione w turystyce, w domu, w racjonalnym żywieniu dorosłych i dzieci”. Dawne PRL-owskie slogany reklamowe „krzyczą” do nas z ulicznych ścian coraz rzadziej i coraz mnie wyraźnie. I wcale nie dlatego, że w dzisiejszych czasach przestały być przekonywujące. Miejskie przestrzenie zalewa nowa, reklamowa rzeczywistość. Fakt, iż murale powstały w czasach socjalizmu sprawia, że traktowane są jak dzieła gorszej kategorii. Całkiem niesłusznie.

Murale to ikony malarstwa ściennego z minionej epoki. Takie same, jak znane wszystkim malowidła z groty w Lascaux, ale coraz częściej zapominane i niedoceniane. Niegdyś reklamowały produkty monopolistów, dziś przypominają tylko czasy kolejek i dobra wspólnego. Od zapomnienia i całkowitego zniknięcia chronią je miłośnicy malarstwa ściennego. Wśród nich jest Bartosz Stępień, zbierający od dawna informacje o łódzkich muralach i umieszczający je na stronie internetowej www.murale.mnc.pl. Patrząc na tą imponującą kolekcję, aż ciężko uwierzyć, że włodarze polskich miast nie poczuwają się do obowiązku ich odnawiania. W Łodzi uchowało się ich tak dużo, że powstał tam nawet specjalny szlak turystyczny „Śladami Łódzkich Murali”.

Łódź na morzu murali

Na jednym z forów, skupiających polskich emigrantów na Wyspach, pada po angielsku pytanie: „co warto zobaczyć w Łodzi?”. „W Łodzi? Tam nie ma nic interesującego”, „Nie warto tam jechać – to strata czasu” – odradzają nasi rodacy brytyjskiemu studentowi architektury. Po jakimś czasie otrzymuje on jednak odpowiedź, która zaskakuje nawet pozostałych uczestników dyskusji: „Murale. Koniecznie obejrzyj łódzkie murale z czasów PRL-u” – sugeruje jedna w forumowiczek.

Nie myli się. W drugim co do wielkości mieście w Polsce zachowały się one chyba najliczniej i najlepiej. Paradoksalnie z powodu wielu zaniedbań architektonicznych, wynikających z braku środków finansowych na remonty elewacji. Teraz można byłoby je odnowić i uczynić z nich swoistą atrakcję turystyczną, która wespół z budynkami poprzemysłowymi dawałaby szansę na przyciągnięcie większej ilości turystów.

Łodzianie widzą w tych osobliwych dziełach ogromny potencjał. Najlepszym tego dowodem jest dwoje miłośników Łodzi, którzy przez ostatnie lata starali się, by murale nie niszczały i by ktoś się nimi w końcu zajął. Kasia i Marcin zapoczątkowali akcję Ratujmy Łódzkie Murale. Zbierali podpisy pod ideą wpisania tych dzieł na listę zabytków. Wsparło ich w tym wiele znanych osób, powiązanych z łódzkim środowiskiem artystycznym. W 2008 roku odbyła się nawet specjalna konferencja prasowa, poświęcona ratowaniu ściennych malowideł.

Dzięki staraniom miłośników łódzkich murali oraz przy wsparciu miasta we wrześniu 2011 roku udało się zainaugurować szlak turystyczny „Śladami Łódzkich Murali”. Poświęcony jest on muralom-reklamom z czasów PRL-u. To tak naprawdę świetna lekcja historii o ustroju gospodarczym Polski Ludowej, przemyśle włókienniczym Łodzi i o wielkich przedsiębiorstwach sprzed 1989 roku. Na trasie znajduje się 16 najciekawszych malowideł. Niektóre z nich to istne perełki ówczesnego designu. Szlak nie ma wcale wytyczone stałej trasy zwiedzania. Wystarczy, że zaopatrzymy się w mapę oraz ulotkę i wybierzemy najbardziej optymalną dla siebie drogę. To trochę tak, jakby zwiedzać galerię, tyle tylko, że rozsianą na sporym, miejskim terenie.

Pomimo szlaku, licznych publikacji (także książkowych), czy zaangażowania instytucji, podmiotów i lokalnych władz, przyszłość łódzkich murali nie rysuje się w kolorowych barwach. Pomysłodawcy tych inicjatyw wskazują, że konieczna jest ich ochrona i odrestaurowanie, choćby tych najcenniejszych w centrum miasta. Na to potrzeba jednak sporych środków finansowych, których nie udało się w żaden sposób na razie zgromadzić. Były również plany, by murale wpisać do rejestru zabytków: – Murale doczekały się szlaku, ale o renowacjach nie mówi się. Do rejestru też chyba nie trafią. W tym roku cztery malowidła padły ofiarą styropianu – tłumaczy Bartosz Stępień, miłośnik łódzkich murali, autor książki „Łódzkie Murale – niedoceniona grafika użytkowa PRL-u”.

 

Mieszkają pod papieżem

Gdańskie osiedle Zaspa to kolejny przykład licznie zachowanych ściennych dzieł. I choć nie wszystkie są w idealnym stanie, to są dziś tym, czym zdjęcia w starym albumie – opowiadają ważną i ciekawą historię. Co więcej, powstają tu co roku nowe dzieła, po których oprowadzić nas może dziś przewodnik.

Gdańska Zaspa miała być ucieleśnieniem modernistycznych wizji doskonałego organizmu urbanistycznego. Jej lokalizacja, tuż na przylegających do morza terenach byłego lotniska, stwarzała architektom nieograniczone możliwości tworzenia. Jednak zamiast idealnego kompleksu mieszkalnego, Zaspa stała się betonowym mrowiskiem. Aby rozwiązać ten problem, dzielnica stara się zmieniać swoje oblicze. I ogromna w tym zasługa różnych inicjatyw, które w betonowej materii blokowiska widzą wyzwanie.

Właśnie takim działaniem jest Festiwal Monumental Art. Ogromne powierzchnie szczytowych ścian bloków oraz otwarte przestrzenie są doskonałym środowiskiem dla funkcjonowania wielkoformatowych malowideł. Festiwal jest imprezą cykliczną organizowaną do 2016 roku, a do czerwca 2011 r. towarzyszyła kandydaturze Gdańska i Metropolii do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.

Poza wymiarem międzynarodowym jest również inicjatywą lokalną, która ożywia przestrzeń blokowiska i umożliwia mieszkańcom codzienne obcowanie ze sztuką. Z początku nie byli oni zachwyceni, ale kiedy szare, betonowe bloki zaczęły się wyróżniać i nabierać nowego charakteru, sami zaczęli dopytywać, kiedy zamalują ich dom. Teraz nawet sobie chwalą, że zamiast konkretnego adresu mogą powiedzieć: „Mieszkam pod papieżem”.

Pomysłodawcy akcji chcą, by co roku powstawały przynajmniej 4 obrazy ścienne w wybranej tematyce, które stworzą unikatową kolekcję łącząca murale z graffiti. Na tym ich ambicje się nie kończą. Finalny cel to stworzenie największej w Europie kolekcji prac malarstwa wielkoformatowego uznanych artystów ze świata.

Wałęsa na ścianie opowiada historię

Oprócz nowo powstałych murali, jest tu spora grupa tych, które opowiadają historię z czasów PRL-u. Nie tylko tą kojarzącą się z Gdańskiem i Solidarnością. Jeden z najsłynniejszych tutejszych murali, to ten z papieżem i Wałęsą. W 1987 r. na Zaspie odbyła się msza papieska i do tego właśnie nawiązuje dzieło Rafała Roskowińskiego, pioniera gdańskiego muralu. W latach 90. stworzył Pracownię Muralu, a podczas obchodów 1000-lecia Gdańska zorganizował pierwszy festiwal murali na Zaspie. Przyświecała temu idea ożywienia betonowych mrowisk dzięki sztuce. Zaangażowanej i kolorowej.

Z kolei malowidło oznaczony na mapce numerem 11. to jedno z pierwszych dzieł na Zaspie. Przedstawia rzymskie Colosseum, jedną z najbardziej monumentalnych budowli starożytności. Nawiązuje tym samym do blokowiska – swoistego przykładu współczesnej monumentalności.

Zwykle murale lepiej wyglądają z daleka, ale są też i takie, do których trzeba podejść nawet na odległość kilku metrów. Bo wówczas można docenić kunszt ich wykonania. Tu jednak nie musimy. Ten mural wymaga jednak, by się trochę cofnąć. Malowidło przedstawia całującą się parę. Według autora to Vivien Leigh i Clark Gable z „Przeminęło z wiatrem”. Niektórzy jednak uważają, że to pocałunek Danuty i Lecha Wałęsów.

Jeden z najdziwniejszych gdańskich murali wyrósł w 2009 r. na ścianie przy ul. Pilotów. Gionato Gessi namalował tu chińskiego czerwonego smoka, wymachującego gitarą. Obchodzono wówczas festiwal rocznic: wybuchu wojny, śmierci Witkacego, Okrągłego Stołu i pierwszego koncertu rock’n’rollowego w Polsce. I ten smok właśnie do rock’n’rolla nawiązuje, bo w Chinach ta kreatura to symboli sił witalnych i pomyślności, a rock to nieokiełznana energia, łamiąca konwenanse. Dlatego właśnie smok wymachuje gitarą w stronę kościoła, bastionu konserwatyzmu.

Nie zabrakło także miejsca na ścianie dla przywódcy Solidarności. Portret Wałęsy, namalowany przez Piotra Szwabe, zwraca uwagę przychodniów na ścianie bloku, w którym mieszkał laureat pokojowej Nagrody Nobla.

Subiektywny komentarz od redakcji

W całym kraju z miejskiego krajobrazu znikają murale. Znikają tak naprawdę zabytki, część historii sztuki, reklamy i designu. Mają dużą wartość estetyczną i artystyczną. W Łodzi wpisują się przecież w pofabryczny charakter architektury. Mogłyby przecież zatem być idealną wizytówką miasta, zmienić jego szary, niemrawy wizerunek. Mogłyby w końcu przyciągnąć turystów, artystów, pasjonatów designu z całego świata. Z premedytacją używamy słowa „mogłyby”, bo nic wskazuje na to, by łódzkie murale szybko wpisały się na listę priorytetów miasta, instytucji czy ew. sponsorów.