Poznań i Berlin mogłyby cieszyć się tanim połączeniem kolejowym. Niestety, pozostanie to na razie jedynie pobożnym życzeniem. I wcale nie chodzi tym razem o pieniądze, ale o absurdalne argumenty państwowych resortów.
pociąg TLK
Wsiadamy rano do pociągu w Poznaniu, a po 2,5 h wysiadamy w stolicy Niemiec. Cena? 15 – 20 euro. Tanio, bo połączenie finansowane jest z publicznych pieniędzy. Taki scenariusz snuł Wielkopolski Urząd Marszałkowski wraz ze Związkiem Komunikacyjnym Berlin-Branderburgia (VBB). Współpraca układała się wzorowo. Obu regionom zależało na bezpośrednim połączeniu kolejowym Poznania i Berlina w przystępnej cenie. Cel nadzwyczaj szczytny, ale nie dla państwowych resortów.

Prawo w Polsce mamy takie, że aby uruchomić regionalne połączenia międzynarodowe, potrzebna jest zgoda m.in Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Resort Sikorskiego po raz kolejny odrzucił propozycję Urzędu Marszałkowskiego. Bo nie ma pieniędzy? Nic z tych rzeczy. Do uruchomienia tego połączenia potrzebna był tylko zgoda MSZ i Ministerstwa Infrastruktury. Te jednak zaczęły od samego początku rzucać kłody pod nogi. Niemiecki VBB przyglądał się wewnętrznym potyczkom w Polsce z ogromnym zdziwieniem. Ale my do krajowych sporów i kłótni już się dawno przyzwyczailiśmy, prawda?

„Nie”, mówią zgodnie oba resorty. Skąd ta decyzja? Wśród przemawiających na niekorzyść takiego połączenia argumentów resorty wymieniają np. „możliwość obniżenia spójności terytorialnej naszego kraju” albo „marginalizacja regionalnych portów lotniczych w Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie i Zielonej Górze”. Tym samym resorty chcą zarzucić pasażerom kaganiec i przywiązać go do drzwi polskich lotnisk.

Oba resorty nie musiałyby szukać w swoich budżetach żadnych dodatkowych funduszy. Do granicy pociąg jeździłby na nasz koszt, po niemieckiej stronie rachunek pokryłby VBB. To w opinii państwowych resortów nie jest wystarczający argument i wnet rozpoczyna się gra w odbijanie piłeczki. MSZ twierdzi, że organizowanie takich połączeń leży w kompetencjach ministra infrastruktury, z kolei resort Cezarego Grabarczyka wykonuje tenisowy return: samorząd województwa nie ma kompetencji umożliwiających organizowanie i dofinansowanie kolejowych pasażerskich przewozów międzynarodowych. Działa tu zasada, w myśl której jeśli o czymś w ustawie nie ma ani jednego słowa, to jest to zabronione, bo jeśli przyjrzymy się zapisom, to nie znajdziemy w nich absolutnie żadnego, który jednoznacznie wskazywałby, że samorządom nie wolno organizować międzynarodowych połączeń kolejowych.
Szachowy pat? Wszystko na to wskazuje. Urząd Marszałkowski ma związane ręce, a przynajmniej do czasu, kiedy zmieni się w Polsce prawo.

Przeczytaj także: Pan z brzuszkiem ochroni lotnisko. Koniec Straży Granicznej

Zastanówmy się jednak nad argumentami wytaczanymi przez oba resorty. Są absurdalne bez cienia wątpliwości. Po pierwsze marginalizacja lotnisk w zachodniej Polsce owszem i będzie miała miejsce, ale prędzej wskutek braku odpowiednich działań marketingowych lotniskowych spółek. Przyczyni się do tego z pewnością oddanie nowego odcinka autostrady z Nowego Tomyśla do Świecka, a co za tym idzie lepsza oferta alternatywnych połączeń minibusami. Już teraz wożą one Poznaniaków pod same drzwi berlińskich lotnisk. Czy my dobrze rozumiemy, że resorty chcą nas przekonać byśmy uwierzyli, że poznańska Ławica i peryferyjne lotnisko w Zielonej Górze mogą skutecznie konkurować z berlińskimi portami?

Po drugie argument o możliwym obniżeniu spójności terytorialnej naszego kraju brzmi rodem z czasów Polski Ludowej, kiedy scentralizowana władza w stolicy blokowała dobre z ekonomicznego i społecznego punktu widzenia ruchy. Po trzecie zaczynamy się zastanawiać czy nie są to jedynie argumenty zabarwione politycznie. Tanie, regionalne połączenie Poznania z Berlinem oznaczać by mogło konkurencję dla państwowych pociągów EuroCity. Państwo więc nie życzy sobie żadnej konkurencji na rodzimym kolejowym podwórku.